Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
znajomijoe.pl blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl darmowe forum val.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl forumforum.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Jak to miłość zastąpiła nienawiść...
Sofronia
Postacie
Księga
Dodaj
Prolog I II III IV V VI VII VIII IX




IX Cisza przed burzą

Lekcja zielarstwa przebiegła stosunkowo spokojnie, nie licząc kilku ran zadanych przez ostre liście rośliny, którą Gryfoni i Ślizgoni mieli dziś pielęgnować. Sofronia nie spodziewała się niczego dziwnego, oczywiście, Ellen jak zwykle przesadza, a najwidoczniej i na nią przeszła ta paranoja. Nie powinna podzielać jej obaw, w końcu pomogła tylko bratu, co w tym złego? Doprawdy, ma już dość tego dnia. Według Winkler, znieważyła Pottera, bo pokonała go na oczach innych ludzi, a trzeba dodać, że Potter zawsze był niezwyciężony. Ale ona nawet z nim nie walczyła, więc niby jak miała go zwyciężyć?! Wyrwała mu różdżkę, każdy umiałby to zrobić, na brodę merlina! Zresztą zdarzenie, które bardziej niepokoiło dziewczynę, miało miejsce nieco później. Bowiem gdy chciała jak najszybciej uciec do przytulnej cieplarni i w końcu zakończyć to przedstawienie, zatrzymał ją nie kto inny jak Potter.
- Czego chcesz? – spytała tonem przepełnionym jadem.
Nie spodziewając się jak nikła odległość dzieli ich twarze, Sofronia zadarła głowę i spojrzała na Gryfona z mieszanina złości i irytacji. W tym jednak momencie wszelkie emocje z niej uszły. Ślizgonkę momentalnie owinął delikatny zapach chłopaka, zupełnie nie przypominający jakąś duszącą wodę kolońską czy innych podobnych kosmetyków, przez co tak niezwykły i indywidualny, że aż przez jej ciało przepłynęła fala ciepła. Stwierdziła, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie przez pewien czas nie oddychać.
- Czy to nie oczywiste? Swoją różdżkę – odrzekł tymczasem Gryfon, mierząc ją z góry lodowatym wzrokiem.
Malfóyówna zamrugała kilka razy oczyma zbita z tropu. Zniecierpliwiony Gryfon sięgnął po swoją własność muskając przy tym jej dłoń swoimi zimnymi palcami. Sofronia poczuła jak przez jej skórę przepływa iskra prądu. Zaskoczona natychmiast odskoczyła od Pottera. Ten spojrzał na nią z dezaprobatą, odwrócił się i w ciszy oddalił na lekcję Zielarstwa.
Teraz, gdy dziewczyna patrzyła na to przez pryzmat pewnego czasu, stwierdziła, iż musiało to być jakieś wyładowanie elektryczne. Problem w tym, iż on nie wyglądał jakby coś poczuł, a chyba powinien. A jego zapach? Cóż, Malfoyówna przyrzekła sobie w duchu, że przestanie winić głupotę fanek Pottera i ich maślane, pełne podziwu oczy obserwujące każdy ruch powszechnego idola zidiociałej płci żeńskiej. Sofronia dokładnie to sobie przeanalizowała, i doszła do wniosku, że chłopak musi wydzielać jakieś feromony sprawiające, że dziewczyny lgną do niego jak muchy. Jakby już nie był wystarczająco zadufany w sobie, pomyślała głośno wzdychając. Niestety, tak się złożyło, że i ona odczuwa skutki ich działania, więc w tym przypadku najroztropniej będzie trzymać się od niego z daleka, co wydawało się śmiesznie proste. Ostatecznie, wykluczając dzisiejszy dzień, nigdy z nim nie rozmawiała. Ellen jednak uciążliwe wręcz zamartwiała się innym aspektem dzisiejszego zdarzenia. Była pewna, iż Potter nie zostawi od tak tej sprawy. Sofronia skwitowała jej uwagę wysoko uniesionymi brwiami i cichym: ,,Nonsens”, przekonana, że palący wzrok na jej plecach, który czuła przez całą godzinę, był jedynie jej imaginacją. Jednakże, gdy pod koniec lekcji obróciła się do swojego brata, by oświadczyć mu, iż w ramach kary za jego dzisiejsze zachowanie nie odrobi mu pracy z eliksirów, napotkała spojrzenie Pottera. Całym tułowiem leżał na ławce, a głowę podpierał na rękach przyglądając się jej z jakąś dziwną zawziętością spod przymrużonych brwi. Włosy miał jak zawsze potargane jakby dopiero co przeżył spotkanie z tornadem o co najmniej 5 stopniu skali Fujity. Sofronia przyglądała się jak blade promienia słońca rozświetlają jego kruczoczarną czuprynę, przez co przypominał greckiego boga wykutego w twardym marmurze, i zastanawiała się czy kiedykolwiek widział na oczy szczotkę albo chociaż grzebień. Gdy na niego spojrzała, nie odwrócił wzroku, jakby w ogóle nie był zażenowany tym, że przyłapała go na przypatrywaniu się jej osobie. Szybko odwróciła glowę i gwałtownie wpakowała do torby książkę do zielarstwa. W tym samym momencie rozległ się donośny gong zakańczający lekcje. Wszyscy uczniowie natychmiast podnieśli się z ławek i z głośnym westchnieniem pełnym ulgi opuszczali cieplarnię.
- Ugh, dzisiejsza lekcja była gorsza niż wszystkie poprzednie razem wzięte. A już sądziłam, że nie może być nic gorszego od tych paskudnych mandragor, co dowodzi, że moja wyobraźnia mieści się w łyżeczce od herbaty. Zastanawiam się jaki idiota chciałby hodować TAKIE rośliny? No chyba, że ktoś ma coś nie tak z synapsami. Całe ręce mnie tak swędzą od tego paskudztwa, że chyba zaraz sobie je obedrę ze skóry! – paplała Ellen, starając się więcej nie poruszać tematu Pottera, który niezwykle drażnił jej przyjaciółkę.
- O ile się nie mylę, sok z ich liści przydaje się do maści na zadrapania, więc nasza robota nie była aż tak bezpodstawna. W każdym razie, jak przemyjemy ręce w ciepłej wodzie, to powinny przestać piec – odrzekła posyłając Winkler przepraszające spojrzenie. To, że niewiele brakowało by pozbyły się swoich kończyn górnych, było wyłącznie jej winą. Przez cała minioną lekcję Sofronia była bardziej rozkojarzona niż zwykle, przez co doprowadziła do paru, przykrych w skutkach zdarzeń. Miały właśnie godzinę wolną, więc szybko skierowały się dormitorium by pozbyć się nieznośnego świerzbienia, po czym z poprawionym humorem skierowały się do Wielkiej Sali na lunch. Dopiero teraz Malfoyówna zdała sobie sprawę, jak bardzo jest głodna. Przeszyła w połowie wypełnione pomieszczenie szybkim krokiem, po czym usiadła na swoim stałym miejscu na środku stołu Ślizgonów. Chwyciła za pierwszy lepszy półmisek z pierre i nałożyła sobie sowitą porcję, która jednak na miarę Ellen była raczej licha. Sofronia nigdy dużo nie jadła, zazwyczaj albo się gdzieś śpieszyła, albo czytała jedząc, przez co nigdy nie zdążyła najeść się do syta.
- Zauważyłaś? – zagadnęła Winkler powoli nakładając sobie sałatkę.
- Co takiego? – odpowiedziała pytaniem na pytanie dziewczyna.
- To, że połowa dziewczyn na sali dosłownie pali cie wzrokiem. W tym większość Gryfonek – odrzekła nienaturalnie obojętnym tonem, jakby była to co dzienność.
- Niby dlaczego by miały? – rzekła zaskoczona Sofronia zatrzymując widelec pełen ziemniaków centymetr przed buzią. Rozejrzała się zdezorientowana wzrokiem wokół siebie by następnie głośno zaczerpnąć powietrza. Ellen miała rację. Wszędzie napotykała wrogie, niekiedy rządne mordu spojrzenia. Cała ta sytuacja wydała jej się niezwykle ironiczna: oto, dotychczas niewidzialną Sofronię Malfoy, nagle dostrzegła cała żeńska, szkolna społeczność. A dlaczego? Nie, nie wygrała Turnieju Trójmagicznego ani nawet nie wynalazła jakiegoś skomplikowanego eliksiru, TYLKO wzięła, tak, to dobre słowo, bo nawet nie stawiał oporów, różdżkę Potterowi. Nie wiedziała czy się roześmiać czy rozpłakać i żałować próżności ludzi.
- Faktycznie… chyba im się nudzi – odburknęła przerywając swoje rozmyślania. Wpakowała sobie do buzi spory kęs, dochodząc do wniosku, że im szybciej stąd wyjdzie, tym lepiej.
- Nie uważasz, że to z lekka dziwne, że wszystkie z braku lepszego zajęcia śledzą twój każdy ruch?
- Wiem Ellen do czego zmierzasz. Mimo to, cały czas uważam, że się mylisz. Nie wiem czemu to robią, może są złe bo przerwałam przedstawienie ich idola od siedmiu boleści?
- Skoro tak uważasz, ale nie oczekuj, że później nie powiem ,,a nie mówiłam”.
- Jestem pewna, że nie będziesz mieć ani powodu, ani okazji żeby to powiedzieć – sprostowała Malfoyowna, po czym zjadła ostatni kęs swojego posiłku i wraz z Ellen skierowała się na ostania dziś lekcję. Wchodząc po schodach do jej uszu doszedł dźwięk rozpruwanego materiału i zaraz potem cała zawartość jej torby wysypała się na kamienną podłogę.
- Ugh, bosko – zaświszczała rozeźlona Sofronia, której humor już i tak był nadszarpany. Szybko wyjęła różdżkę i zaczęła po cichu mruczeć zaklęcia tym samym czyszcząc umazane w atramencie podręczniki i zwoje pergaminów. Gdy już skończyła napotkała znaczące spojrzenie Winkler.
- To był zwykły wypadek, jasne? Takie rzeczy się zdarzają.
Mimo to poczuła niepokój. Mogło to być przyczyną jej kobiecej intuicji, która podpowiadała, że to nie był zwykły ,,wypadek”, a równie dobrze mogło to spowodwać nieposkromione wrażenie, że gdzieś w dali rozbrzmiewa szyderczy śmiech. Jednak tym razem z pewnością sobie tego nie wyobraziła.


Aitai 14.02.2009 [komentarzy 11] komentuj